Tadeusz Kościuszko

Tadeusz Kościuszko

Tadeusz Kościuszko – Na rok przed śmiercią Kościuszki John Keats, jeden z naj­większych poetów języka angielskiego, poświęcił mu wiersz. Gdy go dziś czytamy, razi nieco zbitkami emfatycznych superlatywów ujętych w kunsztowne strofy. Mowa w nim o imionach wielkich bohaterów ludzkości, które dźwięczą w niebiańskich sferach, two­rząc harmonijną pieśń przed Bożym tronem. W roku 1816, gdy Keats pisał swój mistrzowski jednak panegiryk, z utworów chwa­lących Naczelnika można by zestawić całkiem już sporą antologię. Dziś byłaby ona znacznie obszerniejsza; w dziale przekładów z języków obcych pojawiłyby się takie nazwiska, jak Samuel Coleridge i Heinrich Heine. Nie zabrakłoby także Francuzów i, oczywiś­cie. Amerykanów. Rozmiary działu polskiego można sobie wyobra­zić: w selektywnej przecież Księdze cytatów z polskiej literatury pięknej imię Kościuszki wymienione jest 44 razy, z czego 28 cytatów dotyczy tekstów, w których zajmuje ono miejsce pierwszoplanowe, nie będące kwestią okazjonalnej wzmianki. Poziom artystyczny tych tekstów jest bardzo zróżnicowany – jak zawsze gdy mamy do czynienia z „produkcją masową”. O najpopularniejszym chyba Polonezie Rajmunda Suchodolskiego, napisanym w okresie po­wstania listopadowego, wolałbym się nie wypowiadać. Pierwsza strofa brzmi tak:

Patrz, Kościuszko, na nas z nieba,
Jak w krwi wrogów będziem brodzić,
Twego miecza nam potrzeba.
By Ojczyznę oswobodzić!

Jakież to dziwne – westchnie postronny obserwator – wzywać pomoc wodza przegranej sprawy, idąc do boju z tymi, którzy zadali mu klęskę. Znany przedstawiciel szkoły neoromantycznej w polskiej historiografii, Szymon Askenazy, tak tłumaczył (czy opisywał) mit Kościuszki:

Wszak on wojskowym ni politycznym nie był geniuszem. Po wygranej Racławie przegrał Szczekociny i Maciejowice. Mylił się tylekroć na rzeczach i ludziach. A jednak o niego, bezsilnego starca, jeszcze spierali się Napoleon i Aleksander, najwięksi mocarze świata. A jednak on został jednym z nieśmiertelnych bohaterów ludzkości. Czemu? Bo imię jego jest Polska.

Analizie kościuszkowskiego mitu poświęcono dwie książki, autorstwa Krystyny Śreniowskiej (Kościuszko Bohater narodowy) i Andrzeja Feliksa Grabskiego (W kręgu kultu Naczelnika). Odsyłam do nich ciekawych czytelników, którzy chcieliby wiedzieć, jakie czynniki umacniały, a jakie osłabiały jego legendę, kto ją podtrzy­mywał, a kto chciał tuszować, wreszcie jak stronnictwa polityczne i obozy ideowe walczyły o kształt kościuszkowskiej tradycji, prag­nąc ją po swojemu wykorzystać. Moje zadanie jest, jak wiadomo, inne, choć niebywałą skalę pośmiertnego rozgłosu zapisuję wśród argumentów przemawiających za umieszczeniem Kościuszki na wysokim miejscu listy rankingowej.

Bezpośredni wpływ Kościuszki na losy Polski jest – moim zdaniem – wyłącznie wynikiem jego niekwestionowanej roli przy­wódcy powstania z 1794 roku. Przedtem zapisał się niemal wyłącz­nie jako uczestnik wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, gdzie przebywał w latach 1775-1783 (od 1777 roku w randze generała brygady). Prace fortyfikacyjne pod Filadelfią i Ticonderogą, pomyślny udział w walkach pod Saratogą i w West Point przyniosły mu, i owszem, osobistą sławę i ułatwiły późniejsze kreo­wanie na symbol przyjaźni polsko-amerykańskiej. Z dziejami Rze­czypospolitej nic miały jednak nic wspólnego. Z kolei osobiste męstwo okazane podczas bitwy pod Dubienką w lipcu 1792 roku podczas wojny polsko-rosyjskiej, i osiągnięty tam chwilowy, tak­tyczny sukces, ułatwiły mu później objęcie stanowiska powstańczego naczelnika, ale większego znaczenia nie miały.

Kim był Kościuszko po roku 1794? Najpierw więźniem cary­cy Katarzyny II, później emigrantem w Stanach Zjednoczonych (uwolnionym przez syna Pawła I, pod warunkiem że nigdy nie wystąpi przeciwko Rosji). Od roku 1798 przebywał we Francji, od 1815 roku aż do śmierci – w Szwajcarii. Przez cały ten czas był niewątpliwym autorytetem dla swoich rodaków i z tego właśnie powodu zabiegali o jego względy najpierw Napoleon, później Aleksander I. Może i słusznie nie dał się wykorzystać w ich planach (do Napoleona odnosił się raczej niechętnie, do Aleksandra, o dziwo, z ostrożną sympatią), ale postawiło go to na marginesie spraw polskich. Angażował się w nie ubocznie; raczej im patro­nował, niż czynnie uczestniczył. Legiony Dąbrowskiego poparł bez ostentacji, udzielając tylko ich dowódcom rad i instrukcji. W roku 1799 przystąpił do efemerycznego, działającego konspiracyj­nie w kraju Towarzystwa Republikanów Polskich, którego radykal­na ideologia miała w sobie coś epigońskiego, niczym spóźnione echo słabnących we Francji i Europie idei głównego nurtu rewolu­cji francuskiej. W roku następnym napisał wespół ze swym sekre­tarzem Józefem Pawlikowskim i wydał anonimowo broszurę Czy Polacy mogą się wybić na niepodległość?. Była ona wyrazem dość utopijnej w sumie wiary, że zaborców można pokonać o własnych siłach, bez uciekania się do obcej pomocy. Parokrotnie wznawiana, stanowiła natchnienie wszystkich zwolenników walki za wszelką cenę, bez względu na okoliczności. Patronowała w jakiś sposób i powstaniu listopadowemu, i wydarzeniom 1846 roku, i powstaniu styczniowemu, choć oczywiście i bez niej znaleźliby się ludzie przekonani o możliwości wykorzystania dla patriotycznych celów siły chłopów skuszonych perspektywą równouprawnienia i na­dania ziemi. Książeczka ta szerzyła również mit racławickiej kosy jako wystarczającego oręża na rosyjskie, pruskie i austriackie kara­biny i armaty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *