Jerzy Urban

Jerzy Urban

Jerzy Urban – przeszło osiemdziesiąt lat na karku i dziesiątki milionów złotych na koncie. Ale przez większość życia, znienawidzony przez wielu Urban, śmiało mógł być przykładem jak pieniędzy nie robić, choć miał świetne i dobrze płatne prace, nie gromadził majątku. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych jako dziennikarz Polityki, większość pensji zostawiał w warszawskich knajpach. Koszt pobytu singla w restauracji Kameralnej wynosił mniej więcej równowartość dzisiejszych pięćdziesięciu złotych: Było mnie stać, abym swoją normę tam wypił zagryzając jabłkiem i frytkami – wspominał w jednym z wywiadów. Jak dodaje, w Kameralnej był w zasadzie codziennie. W PRLu uchodzi o rzecznik rządu o tekę ministra, nie dorobił się dużych pieniędzy. Ale pracowitości nie można mu było odmówić. Jako rzecznik zaczynał pracę od godziny dziewiątej, więc budził się o czwartej nad ranem i chałturzył pisząc teksty na zamówienie. Jednak dowodem na to, że nie miał smykałki do podwajania swojego kapitału, jest sytuacja z 1990 roku. Komunizm upadł, a z byłym rzecznikiem rządu peerelowskiego nikt nie chciał się zadawać. Najpierw Urban miał zostać szefem nieistniejącego już pisma satyrycznego Szpilk, ale przeciw takiej decyzji buntuje się zespół redakcyjny. Potem generał Jaruzelski próbuje mu załatwić posadę szefa Rzeczpospolitej, ale i tam Urban jest niemile widziany. Próbuje reaktywować agencje prasową, ale nie wygrywa w konkurowaniu z PAPem. Wpadł w depresje: Co prawda dostałem wysoką emeryturę ministra, ale wkrótce ustawą rządu Mazowieckiego zlikwidowano te emerytury, wtedy kłopot z co robić, zmienił się w kłopot z czego żyć – wspomina na łamach udzielonego nie dawno wywiadu – rzeki.

W końcu fortuna się odwraca. Jest rok 1990 gdy do Urbana gdy do Urbana przychodzi wydawca z pomysłem wydania książki Alfabet Urbana, dziennikarz opisuje w nim swoje koleżanki i kolegów z całego życia. Wszystko kąśliwym językiem, przy okazji odsłaniając kulisy życia publicznego i towarzyskiego – najważniejszych polskich postaci ostatnich kilkudziesięciu lat. Alfabet kupuje w końcu 8500000 osób, Urban zarabia na tym 120000 dolarów. Ale znów nie wie jak je pomnożyć. I znów ze wsparciem przychodzi gen. Jaruzelski – dzwoni do Gorbaczowa, ten nakazuje swojemu ministrowi handlu zagranicznego pomoc dla Urbana. Radziecki rząd wnosi uchwałe, zgodnie z którą do interesów ZSRR z Polską rekomendowana jest spółka Kier, należąca do Urbana. Zakłada biuro handlowe, próbuje eksportować towary na wschód, ale ginie w papierologii. Handel do ZSRR i tak idzie innymi drogami: Machnąłem ręką i zlikwidowałem biuro.Chociaż gdybym miał rozum, żeby oddać tę sprawę w ręce biznesmena, na takiej uchwale rządu ZSRR mógłbym zarobić kolosalne pieniądze – wspomina po latach. Wpadł więc na kolejny pomysł: import piwa z Niemiec.  Po pierwszych transportach wychodzi jednak na jaw, że nie ma na to koncesji. Zamiast zarobić pieniądze, Urban zarabia na kryminał. Wymiguje się przed więzieniem tylko dzięki prawnikom.

W końcu przychodzi kolejny pomysł (wciąż jest rok 1990). Urbana odwiedza dwóch mężczyzn z USA z propozycją inwestycji w internet, który miałby być przyszłością, ale Urban nie rozumie czym miałby być internet, i nie wierzy że to mógłby być dobry biznes. Pomysł odrzuca, tak samo jak nieco później ofertę kupna za bezcen tygodnika Angora, który do dziś jest jednym z najchętniej czytanych w kraju.

W końcu przychodzi strzał w dziesiątkę. Gdy kolejne pomysły nie wypalają, Urban boi się w nie wejść, decyduje się złożyć tygodnik satyryczny Nie. Po paśmie porażek przychodzi pierwszy sukces – gazetę w pierwszych latach regularnie kupuje po 500000 osób. Urban zaczyna zarabiać olbrzymie pieniądze. W końcu zaczyna je także rozsądnie inwestować. 40 000 000 złotych ma w obligacjach Ikea, Forda oraz polskiego i węgierskiego rządu. W 2004 roku jest na 98 miejscu listy najbogatszych Polaków tygodnika Wprost, z majątkiem wycenianym na 120 000 000 złotych. Później na liście już się nie pojawia, ale dziś jego majątek można szacować na kilkadziesiąt milionów złotych. Jest właścicielem willi w Konstancinie i siedziby redakcji Nie w Warszawie, ma własny jacht, a na co dzień porusza się z szoferem, swoim jaguarem.

Mimo, że jest milionerem, obecnie pieniądze już go tak nie pociągają jak kiedyś: Stałem się nieruchawy, niesprawny, otępiały w takim rozumieniu, że zawsze byłem rządny przygód. Najważniejsze było być, a nie mieć. A teraz jestem ani być, ani mieć. Jestem obojętny zarówno na wyjazd na zakupy, jak i na wakacje. Możemy jechać…Możemy nie jechać…Dziś bardziej jestem ciekaw lektur niż czegokolwiek innego. Ale jestem człowiekiem szczęśliwym – mówił niedawno na łamach swojej ostatniej książki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *